środa, 25 maja 2011

Wycieczka do Miasta Złodziei

Od jakichś dwóch tygodni kupić można płytę z filmem Bena Afflecka "Miasto złodziei". Obraz to nietuzinkowy, szkoda więc, że polski dystrybutor nie zdecydował się wprowadzić tego tytułu do kin. Kiedy jeszcze łudziłem się, że na ekranach film jednak zagości, napisałem poniższą recenzję, lecz z uwagi na wycofanie go z repertuaru, tekst również odleżał swoje. Co prawda z lekkim opóźnieniem, ale sądzę, że warto przypomnieć sobie co nieco o "Mieście złodziei".


W swojej powieści „Prince of Thieves” („Książę złodziei”) Chuck Hogan odmalowuje obraz bostońskiej dzielnicy Charlestown jako amerykańskiej wylęgarni profesjonalistów specjalizujących się w napadach na banki. I choć obecnie statystyki mówią, że inne miasta prześcignęły stolicę stanu Massachusetts w liczbie zuchwałych rabunków, temat pozostał interesujący dla kina. Zaadaptowano więc książkę Hogana na filmowy scenariusz, widząc w niej potencjał nie tylko dla historii głęboko osadzonej w konwencjach kina sensacyjnego – Charlestown to zróżnicowane kulturowo i klasowo miejsce, wdzięczne tło dla rozbudowanej problematyki. Mimo tego reżyser filmu, Ben Affleck, zdecydował się jedynie zaznaczyć niezwykle ciekawe zagadnienia natury społecznej, co jednak nie działa na niekorzyść widowiska. Wydaje się bowiem, że jego ambicją było stworzenie spektaklu nawiązującego do wielkich dokonań gatunku. No i udało się. Choć „Miastu złodziei” do doskonałości daleko, kina sensacyjnego takiego kalibru nie oglądaliśmy już dawno. Trzy lata temu krzywo spoglądano na Afflecka, kiedy zabierał się za reżyserię. Z powodu przyklejonej mu etykietki hollywoodzkiego bawidamka, decyzję aktora odebrano jak ekstrawagancję znudzonego ciągłą obecnością na pierwszych stronach magazynów plotkarskich playboya. A jednak – zrealizowany w 2007 roku film „Gdzie jesteś, Amando?” został entuzjastycznie przyjęty, zgodnie orzeczono, że to pełnoprawne dzieło filmowe, a nie artystyczny wybryk rozkapryszonego chłopca. „Miastem złodziei” Affleckowi udaje się potwierdzić autorską dojrzałość i niezależność, tym samym ugruntowując pozycję reżysera, z którym amerykański przemysł filmowy musi zacząć się liczyć.
Trzeba zdobyć się na szczerość i powiedzieć jasno, że drugi pełnometrażowy projekt Afflecka operuje kliszami i nie wychodzi poza fabularny schematyzm gatunku. Ale reżyser, a jednocześnie odtwórca głównej roli, umiejętnie poruszając się w estetyce kina sensacyjnego, korzysta z jego dobrodziejstw w sposób godny pochwały, nie daje odczuć widzowi, że ogląda ten sam spektakl po raz wtóry. Z pewnością zasługa w tym Roberta Elswita i Dylana Tichenora, odpowiednio: fotografa i montażysty, dzięki którym sceny akcji wyglądają należycie, są dynamiczne i gorączkowe, ale klarowne, przejrzyste, dalekie od tak obecnie popularnej, teledyskowej maniery. Metodycznie planowane skoki na bank pokazuje się z różnych perspektyw –  kryminalistów, kamer przemysłowych, z pozycji napadniętych. Strzelanina na parkingu podziemnym podczas finałowego, wartego miliony dolarów skoku, czerpie z tradycji, którą współtworzył choćby Michael Mann, przypomina setki wcześniej zrealizowanych filmów, a jednak posiada czar świeżości, wyrażający się właśnie w tym ukochaniu klasycznego kina sensacji.
„Miastu złodziei” być może brak psychologicznej głębi, bo wzajemne relacje głównego bohatera, Douga, oraz porwanej przez niego i kolegów podczas pierwszego w filmie napadu pracownicy banku, Claire, są powierzchowne, choć stanowią niejako oś fabuły. Rebecca Hall nie ma zbyt wiele do grania, a szkoda, bo miłość tej nietypowej pary ma w sobie posmak zakazanego mezaliansu klasowego – on jest miejscowym z Charlestown, ona napływowym białym kołnierzykiem. I właśnie uczucie pokrzyżuje plany mężczyzny, choć tylko pozornie, bo dzięki Claire powoli wyjdzie ze skorupy zgorzknienia i rozczarowania, zapragnie sięgnąć po to, o czym marzył od lat. Nie będzie to łatwe, bo z biznesu trudno się wycofać, nawet bankowi rabusie mają swoich przełożonych, swoistych stręczycieli, z którymi należy dzielić się zyskiem w zamian za zlecenia. Ryzykowny związek Douga wystawi też na próbę jego lojalność wobec przyjaciół, w szczególności Jema Coughlina, który jest dla niego jak brat. Wszystkie te rozwiązania nie są nowatorskie, raczej odtwórcze, lecz samo nagromadzenie wielości różnorakich motywów kina sensacyjnego i uporządkowanie ich w logiczną i atrakcyjną dla oka całość zasługuje na uznanie. „Miasto złodziei” godnie przedłuża linię bostońskich filmów o zbrodni, w skład której wchodzą chociażby „Mystic River”, „Infiltracja” czy właśnie „Gdzie jesteś, Amando?”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga