środa, 4 maja 2011

Seks, spaliny, rock 'n' roll

Zadebiutowałem w Filmwebie. Tekst napisałem pod premierę "Szybkich i wściekłych 5", a traktuje on o amerykańskiej motokulturze, oczywiście w kontekście kina. O samym filmie też co nieco skrobnę po premierze, ale tymczasem... zapraszam do lektury.


Faulkner mawiał, że Amerykanin niczego nie kocha bardziej od swojego samochodu. I miał niezaprzeczalną rację, co zrozumiał Henry Ford już na początku ubiegłego wieku, jeszcze w czasach, kiedy auto było symbolem bogactwa i luksusu, a niejeden kręcił nosem na praktyczną wartość czterokołowców. Wyprodukowany przez fabrykę Forda słynny Model T szybko wkupił się w łaski klasy średniej, lecz aż do lat pięćdziesiątych samochód pozostał w gruncie rzeczy jedynie środkiem transportu i musiało minąć jeszcze kilka dekad, zanim stał się dla Amerykanina mobilną świątynią. Prawdziwa kultura motoryzacyjna narodziła się po drugiej wojnie, kiedy pokolenie ówczesnych nastolatków siadło za kółkiem – auta stały się nie tylko wyznacznikiem statusu społecznego, ale i refleksem osobowości swoich właścicieli. Samochodem jeździło się na filmy do specjalnie przystosowanych kin plenerowych, a w knajpach dla zmotoryzowanych kelnerki podchodziły do klientów z tackami przystosowanymi do montażu w lśniących pojazdach. Innymi słowy – by zjeść obiad czy obejrzeć nowy hit na dużym ekranie, nie trzeba było nawet wychodzić z auta. "Personalizowanie" samochodu nie obce jest przecież i dzisiejszym kierowcom, inwestującym w ciężkie pieniądze w tuning. Obok tego zjawiska nie przeszło obojętnie i kino, w ostatnich latach dając wyraz swojemu uwielbieniu dla kultury motoryzacyjnej chociażby w cyklu "Szybcy i wściekli", którego nowa odsłona pojawi się na ekranach lada dzień. Przy okazji pierwszego filmu z serii, debiutującego u nas równe dziesięć lat temu, mówiło się o wprowadzeniu do głównego nurtu motywu nielegalnych, miejskich wyścigów samochodowych z importowanymi z Azji, podrasowanymi samochodami w roli głównej. Co ciekawe, w ostatnich dwóch częściach cyklu pojawiały się głównie amerykańskie samochody – Dodge Charger i Chevrolet Camaro. Film amerykański nie mógłby się przecież obyć bez swojego dziedzictwa motoryzacyjnego, tych pięknych krążowników szos, w które wlać trzeba litry ropy, by w ogóle ruszyły z miejsca. Samochód made in USA stał się fetyszem także dla filmowców.

2 komentarze:

  1. Bardzo dobry tekst, chociaż trochę szkoda, że nie wspomniałeś o Halickim, facet sporo zrobił dla rozpropagowania "samochodowego" stylu życia : ).

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki! Chciałoby się napisać jeszcze o tym i owym, ale cóż... miejsca po prostu brak, limity znaków są nieubłagane. A temat faktycznie pojemny!

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga