poniedziałek, 2 maja 2011

Kontrolowanych rozmów ciąg dalszy, czyli wywiady z...

Trochę archiwaliów. Dzisiaj w sieci objawiła się rozmowa z Josephem Kosinskim, reżyserem filmu "Tron: Dziedzictwo", w której miałem okazję uczestniczyć już jakiś czas temu. Wywiad odbył się w ramach cyklu wirtualnych dyskusji z twórcami skupionymi wokół wytwórni Disneya. Każdy z zalogowanych na specjalnej stronie dziennikarzy mógł zadać nieskończenie wiele pytań, lecz o szczęściu można mówić, jeśli gość odpowiedział na choćby dwa lub trzy z nich. Poniżej zamieszczam fragment wywiadu wraz z odnośnikiem do całości oraz, jako swoisty bonus, rozmowę z twórcami animacji "Zaplątani". Miłej lektury.


Czy miałeś jakieś pomysły związane z twoim filmem "Tron: Dziedzictwo", których jednak nie udało ci się zrealizować?
  Joseph Kosinski: Tak, zawsze są jakieś ograniczenia. Na przykład, początkowo Sam miał walczyć z czterema strażnikami zanim uda mu się odzyskać dysk ojca. Niestety, nie wystarczyło nam czasu na nakręcenie tej sceny.

Jak dużą presję czułeś podczas realizacji tego filmu, wszak nie chodziło tutaj tylko o sequel, ale zachowanie ciągłości całej opowieści sprzed lat?
 
Czułem ogromną presję, gdyż pierwszy film był niesamowicie ambitny - wizualnie, konceptualnie i technologicznie. Chciałem osiągnąć ten sam poziom w swoim filmie.

Oryginalny "Tron" nie odniósł wielkiego sukcesu, czemu więc zdecydowałeś się wyreżyserować sequel? Sądzisz, że tym razem będzie inaczej?
 
Pierwszy film wyprzedzał znacznie swoje czasy, teraz idea "cyberprzestrzeni" i cyfrowych awatarów jest czymś zupełnie normalnym, powszechnie akceptowalnym. Poza tym opowiedziana przez nas historia to nie tylko zwykły film science-fiction, to opowieść o relacji pomiędzy ojcem i synem, która, mam nadzieję, przemówi także do tych, którzy nie są fanami gatunku.

CIĄG DALSZY



Z której sceny w filmie jesteście dumni najbardziej?

Byron Howard: Pracujemy z Nathanem w następujący sposób: wymyślamy jakichś fajnych bohaterów i sceny, które stają się z miejsca naszymi ulubionymi. A potem robimy coś w tym stylu  - „hej, mamy masę świetnych rzeczy, więc teraz doróbmy do tego całą resztę i utrzymajmy ten sam, wysoki poziom!”. W ten sposób końcowy produkt jest tak solidny, że trudno wskazać jedną, ulubioną scenę. Na pewno przepiękna jest sekwencja z lampionami, to istny kamień milowy, jestem też bardzo, ale to bardzo dumny z subtelnego, emocjonalnego aktorstwa pod koniec filmu.

W prace nad filmem włożyliście mnóstwo energii, czy brak nominacji do Oscara bardzo was rozczarował?

Nathan Greno: Cała ekipa pracowała nad „Zaplątanymi” przez siedem dni w tygodniu, nikt nawet nie wziął urlopu, wszyscy chcieli, by film był perfekcyjny. Jesteśmy bardzo dumni z tego, co udało nam się stworzyć. A czy chcielibyśmy Oscara? Pewnie! Ale, jak to mówią, prawdziwą nagrodą jest możliwość pracy z ludźmi, którzy kochają to, co robią. No i widzowie uwielbiają ten film. Nie robimy tego dla nagród, ale by rozbawić ludzi.

Możecie powiedzieć kilka słów o waszych inspiracjach?

Nathan Greno: Jeśli o mnie chodzi, to będzie to „Dumbo”, jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów. Zawsze się doskonale bawię podczas seansu, śmieję się i płaczę. Widziałem ten film jako dziecko i powiedziałem sobie, że będę kiedyś pracował dla Disneya. Byłem wtedy w pierwszej klasie, nie rozumiałem jak się robi animację, ale wiedziałem, że chcę dla nich pracować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga