poniedziałek, 9 maja 2011

Kod moralnych wątpliwości - o nowym filmie Duncana Jonesa

Kiedyś w "Four Flies on Grey Velvet" Dario Argento przekonywał widza, że w chwili zgonu ostatni widziany przez denata obraz zostaje jakimś cudem zapisany na siatkówce oka. Duncan Jones w "Kodzie nieśmiertelności" posunął się o krok dalej, bowiem w jego filmie dotrzeć można do świadomości trupa i odtworzyć dokładnie osiem ostatnich minut jego życia. Ba, nawet nie tyle odtworzyć, co wcielić się w niego niczym w wiernej, wirtualnej symulacji komputerowej. I to mnie zastanawia, bowiem kto film widział, ten wie, że to nie do końca prawda, że bawimy się w o wiele większej piaskownicy. Zanim więc przeniesiecie się do następnego akapitu, ostrzegam lojalnie - będą spoilery.




Bo nie interesuje mnie w dzisiejszym wpisie film jako taki, ale jego ostatnie pięć minut. Ciekaw jestem jak długo widzowie będą psioczyć na zmitrężony potencjał dramaturgiczny końcówki "Kodu nieśmiertelności" i rwać sobie włosy z czachy w geście rozpaczy, bolejąc na tym, iż Duncan Jones nie zakończył filmu na pamiętnej stopklatce. Dodam, że sam należę do tej, zapewne licznej, grupy. Ale nie chodzi mi o prawdopodobieństwo zdarzeń przedstawionych, bo na fizyce kwantowej (czy jakiejkolwiek innej) nie znam się wcale, więc mądrzył się nie będę. Ale zakładam bezpiecznie, że film pod względem naukowym (i logicznym) to klasyczny dziurawiec. Nie w tym jednak rzecz, gdyż zazwyczaj daję się ponieść akcji i wybaczam reżyserom grzechy śmiertelne, nie obchodzi mnie więc w tym przypadku, ile jest w "Kodzie nieśmiertelności" science, a ile fiction. Nurtuje mnie coś zgoła odmiennego, a mianowicie... w efekcie swoich działań, nasz bohater kradnie tożsamość innej osoby, w ubłoconych buciorach wchodzi w jej ciało, przywłaszcza sobie życie należące do Seana, nauczyciela z Chicago. A skoro świadomość kapitana Stevensa wyparła jaźń tego poczciwiny, co się z nią stało? Uległa dezintegracji? Błąka się po bezkresnym kosmosie? Może tkwi dalej w tym ciele niczym warzywo i patrzy udręczona na własne kończyny, które nie chcą już słuchać niepodłączonej do synaps mózgowych świadomości? Z drugiej strony również pojawia się problem - czy Stevens kiedykolwiek zastanowi się nad tym, że zwinął innemu gościowi jego życie? Czy przyjdzie mu to do głowy? A może poczucie winy zostanie złagodzone myślą, że w końcu uratował to ciało, bez jego interwencji Sean zginąłby w płonącym pociągu, więc i tak niewiele stracił? No i jak poradzi sobie w nowej skórze? Gdzie znajdzie pracę? Co z rodziną, znajomymi? Przecież nawet nie wie, gdzie mieszka, czy ma psa i czy nie jest przypadkiem uczulony na orzechy. Naprawdę bardzo chętnie zobaczyłbym sequel odpowiadający na choćby część tych pytań, bo nie wyobrażam sobie, że facet utrzyma się przy zdrowych zmysłach, widząc codziennie w lustrze inną twarz. Pewnie nigdy takiego filmu nie zobaczę, ale pogdybać mogę. A co mi tam.


"Kod nieśmiertelności" obejrzałem dzięki uprzejmości kina Helios.




5 komentarzy:

  1. tez mi to chodzilo po glowie. moon byl przeciez filmem o tozsamosci w stanie rozpadu - i ja sobie, kurka wodna, myslalam, ze znowu dostane dramat podwazajacy sprawy fundamentalne, moze glosniej i bardzo widowiskowo, ale przeciez czemu nie. a tu takie rozczarowanie. zero postaci, zadnego pazura, i nawet formalnie przezroczyste. rozczarowanie roku poki co.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha! A widzisz, bo mi się jednak film podobał! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawi mnie to nowe życie bohatera o tyle, że jest ono... no właśnie, czym? Wydłużoną projekcją obumarłego mózgu? Jedyny ciekawy aspekt tego filmu stanowi dla mnie pytanie czym faktycznie jest świadomość, gdzie się kończy, gdzie zaczyna, co... tworzy? Gyllenhaal zostaje przecież ostatecznie odłączony od aparatury, a w swoim "nowym", odzyskanym życiu, poza jego perspektywą, poznajemy także odrębną perspektywę Farmigi, które wysyła wiadomość.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ostatnie pięć minut filmu całkowicie zaburza logikę "Kodu nieśmiertelności". Zupełnie niepotrzebnie rodzą się setki pytań bez odpowiedzi, następuje nagromadzenie paradoksów, objawia się scenariuszowa słabość...

    OdpowiedzUsuń
  5. Mnie się też w sumie podobało, ale po dwóch tygodniach od wizyty w kinie już sam nie wiem dlaczego (to musi mieć jakiś związek z Michelle Monaghan). Co do logiki to zostaje ona zaburzona już w momencie, gdy dzielny wojak wcielony w nauczyciela opuszcza pociąg (swoją drogą ciekawe jakby go ściągnęli z powrotem gdyby pod niego chwilę potem nie wpadł), zakończenie rozwiewa tylko wszelkie wątpliwości, czy "science" miało tu jakiekolwiek znaczenie. Nie miało. Łudzę się, że Jones odfajkował tylko "Kod nieśmiertelności", żeby zarobić na jakiś ambitniejszy projekt, bo "Moon" był więcej niż obiecujący.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga