piątek, 15 kwietnia 2011

Zedrzyj gardziel po raz wtóry - "Krzyk 4" w kinach

Byłem, widziałem. Ale nie pokochałem. Nie oznacza to oczywiście, że "Krzyk 4" to film słaby, ależ skąd! Wręcz przeciwnie - spektakl to pierwszorzędny, przewyższający znacznie poprzednie sequele. Po seansie spisałem recenzję, wysłałem do redakcji, ukaże się w majowym "Filmie" (ocena: 4/6). Z przyczyn oczywistych nie mogę jej opublikować na blogu, postanowiłem jednak puścić nieco pary z gęby już teraz, więc kogo interesuje, niech czyta.



Niejakim truizmem zalatuje stwierdzenie, że pierwszy "Krzyk" to swoisty kamień milowy w dziejach gatunku, ale nie omieszkam powtórzyć tegoż oklepanego zwrotu. Czemu gadam jak papuga? Inaczej po prostu nie można: niby serdeczna szydera, ale nie wykraczająca poza ramy filmu grozy; horror w pełnej krasie, a pełen intertekstualnych nawiązań; obraz bogaty w treści, a przecież podrzędny gatunkowo z definicji. Postmodernistyczna łata przyczepiona do pleców Wesa Cravena wydaje się w tym przypadku całkowicie zasłużona. "Krzyk 4" kontynuuje chlubną tradycję i jest logicznym przedłużeniem serii, dekonstruującej i obnażającej schematyzm oraz konwencjonalność horroru - czyżby samobój? Bynajmniej. Cykl ostrze swojej satyry skierował w stronę społeczeństwa odchowanego na popkulturze, której witalnym elementem stał się właśnie film grozy. Często kopany, mieszany z błotem, a jednak niezwykle wrażliwy na wszelakie przemiany obyczajowe i kulturowe. I właśnie "Krzyk" jest filmem symptomatycznym, bo reagującym na dynamicznie zmieniające się trendy. A więc seria kpiąca sobie z własnej publiki? Aha, dokładnie tak! Nie ma w tym jednak krztyny masochizmu, bo intelektualna gra daje widzowi poczucie wyższości, bowiem przyjmuje on rolę mentora, znającego na wylot swoje scary movies. Tym samym "Krzyk" nie jest wcale pozbawiony kokieterii. Zakładając oczywiście, że oglądający jest z gatunkiem obeznany i może wyłapać to, co reżyser chce, by wyłapał. A co z resztą widzów? Nie wiem, nie do mnie to pytanie, proszę zagaić wychodzących z kina, przypadkowych ludzi, i zapytać jak się bawili. Idąc dzisiaj na seans czułem się, jakbym znowu miał te piętnaście lat i z wypiekami na twarzy gnał zobaczyć HORROR. Bo "Krzyk" to film dla mnie. I dla Ciebie. Bo oboje lubimy te w kółko odgrywane historie, wciąż od nowa i na nowo, choć znamy wszystkie scenariusze na pamięć. Ale nie szkodzi, zobaczymy raz jeszcze i Craven doskonale o tym wie, cwaniak cholerny. Koncentrując się jednak na ostatniej odsłonie "Krzyku", powiem tylko, że do kina wybrać się warto, bo film to zacny niezwykle. Zgodnie z narzuconymi sobie (zresztą świadomie) zasadami, jest brutalniej, mocniej, dynamiczniej, a kulminacji serwuje się nam chyba ze trzy. Ale przecież tego właśnie chcieliśmy, nieprawdaż?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga