środa, 13 kwietnia 2011

Zdrada zalegitymizowana - "Bez smyczy" w kinach

Nowa komedia braci Farrelly ("Sposób na blondynkę", "Głupi i głupszy") okazała się nie tak zła, jak się tego spodziewałem. Ba, powiem nawet, że całkiem dobrze mi się oglądało. Ale nie będę paluchów strzępił, przechodzę do rzeczy, czyli do recenzji:


Faceci nie dojrzewają – podobną tezę wysnuć można po lekturze kilku amerykańskich komedii z ostatnich lat. Nieważne więc czy mają lat dwadzieścia parę, osiągnęli już wiek jezusowy czy przekroczyli czterdziestkę, nadal w głowie kołacze im się wyidealizowana wizja życia, które rzekomo prowadzili za nastolatka. Młodzi duchem, trochę starsi ciałem, ci niedzielni podrywacze poświęcają się więc słodkim wspominkom pod okiem żon, przeważnie odmalowywanych przed kumplami jako straszne hetery. Rzec można, że małżeństwo wiąże ręce i gdyby nie złota obrączka na serdecznym palcu prawej dłoni, dziewczyny nieprzeciętnej urody rzucałyby się do stóp tym niewolnikom zalegalizowanych w urzędzie stanu cywilnego związków. A więc, wedle wszelkich przesłanek, każdy facet osiągnie kiedyś masę krytyczną, coś w nim pęknie, rzuci się w objęcia byle lafiryndy i rozwali mozolnie budowane przez lata szczęście. Trzeba więc zawczasu z delikwenta spuścić trochę pary i ufortyfikować pozycje. Sposób na podobne rozładowanie drzemiącego w mężach seksualnego napięcia wynalazły niepozbawione sprytu żony z filmu „Bez smyczy”.
Rick (Owen Wilson) i Fred (Jason Sudeikis) to starzy kumple, których łączy coś więcej niż długoletnia przyjaźń i wygodny, acz nieco ciasnawy kącik w małżeńskim domu. Otóż obaj uganiają się wzrokiem za spódniczkami, śliniąc się obficie, kiedy tylko na horyzoncie pojawią się długie nogi czy obfity biust. Ale łańcuch jest krótki, a nadrzędna zasada brzmi: patrz, ale nie dotykaj. Panów jednak łapki świerzbią coraz bardziej, a panie nie bardzo wiedzą, jak sobie poradzić z okiełznaniem ich opętanych seksem myśli. Z pomocą przychodzi doświadczona przyjaciółka, która radzi tonem mędrca – spuścić mężów ze smyczy, dać im tydzień wolnego, niech się chłopaki wyszaleją. Początkowo zszokowane śmiałością pomysłu, Maggie (Jenne Fischer) i Grace (Christina Applegate) zaczynają dochodzić do wniosku, że w tym szaleństwie może tkwić metoda i udzielają swoim mężczyznom tygodniowej dyspensy od małżeństwa.
I kłopot w tym, że żaden z facetów nie wie, co z tym fantem zrobić. Upragniony czas wolności spędzają na beztroskim wpychaniu sobie do ust kolejnych garści chrupek i zapijaniu wszystkiego litrami piwa. Czasem ktoś wpadnie z ciasteczkami z narkotyczną wkładką, ale nadobnych niewiast w zasięgu ręki jak nie było, tak nie ma. „Bez smyczy” to w gruncie rzeczy film, który skwitować można smutnym uśmiechem, bowiem wyłaniający się z niego wizerunek współczesnego faceta w średnim wieku wcale nie jest aż tak bardzo odległy od przedstawionego przez Sama Mendesa w „American Beauty”. Obraz braci Farrelly to rzecz jasna nie ten kaliber ani dramaturgiczny, ani stylistyczny, lecz jego bohaterowie mają w sobie wiele z Lestera Burnhama, choć przepuszczeni zostali przez typowo komediowy filtr, na którym osiadły zbędne tutaj fusy tragifarsy. Fred i Rick to mężczyźni środka, których ominęły mody i na owłosionego, cuchnącego potem macho, i na metroseksualnego gogusia, ich tożsamość zależy niemal całkowicie od snutych bez ustanku marzeń, których, jak się okaże, obawiają się zrealizować. Zderzenie z rzeczywistością jest tym bardziej bolesne, gdy brak żoninej poduszki, na którą można opaść łagodnie i bez szwanku. Brak im samodzielności, bowiem uzależnieni są nie od seksu, ale od ciągłej obecności swoich wybranek. Do podobnej konkluzji dojdą oczywiście dopiero w ostatnich minutach filmu i być może w tymże tekście zabrzmiała ona brutalniej, niż jest w istotnie – „Bez smyczy” to w końcu komedia pełną gębą, a nie refleksyjny traktat o ciężarze małżeńskich kajdan. Bo przecież w końcu, po suto zakrapianych erotycznymi aluzjami konwersacjach, świetnej sekwencji na dyskotece i całym mnóstwie rozrzedzonych, niezbyt dojrzałych żartów, okaże się, że są zrobione z plastiku. I obszyte futerkiem. 

Tekst ukazał się pierwotnie w portalu Stopklatka.pl

2 komentarze:

  1. z tego co piszesz wyłania się obraz tak samo bystry w obserwacji marzeń facetów, jak u Mendesa. Co z tego, że filtr komediowy, skoro refleksja całkiem poważna i niezbyt daleka od [powstań] Prawd Życiowych [spocznij]. Dobry tekst tak w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję! Odezwij się koniecznie, gdy będziesz po seansie. Ciekaw jestem Twoich wrażeń.

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga