sobota, 30 kwietnia 2011

Poe według Cormana, czyli wywiad z...

Nie, nie z nieżyjącym już Vincentem Pricem, ani z królem kina klasy B, Rogerem Cormanem, ale z autorem tegoż bloga. Rozczarowani? Trudno, mam jednak nadzieję, że choćby rzucicie okiem na poniższą rozmowę, którą przeprowadził ze mną dyrektor artystyczny 14. Festiwalu Filmów Kultowych w Katowicach, Patryk Tomiczek. Mądrzyłem się na temat ekranizacji prozy Edgara Allana Poego. Zanim zaczniecie lekturę, zapraszam serdecznie do odwiedzenia strony imprezy. Mam nadzieję, że się zjawicie na Górnym Śląsku, jako i ja się zjawiam.


Festiwal Filmów Kultowych: Roger Corman – reżyser, producent, aktor. Określany królem kina klasy B, którego realizacja i zarazem popularyzacja doprowadziła go aż do honorowego Oscara. Kręcił sporo i niespecjalnie przebierał w scenariuszach, a jednak jego filmy otoczone są kultem. W szczególności dotyczy to filmów na podstawie prozy Edgara Allana Poe, które przyniosły mu największy rozgłos.

Bartek Czartoryski: Roger Corman cykl swoich filmów opartych, trzeba dodać – dość luźno, na prozie Poego, nakręcił dla wytwórni American International Pictures, o której często mówi się w kontekście słynnego brytyjskiego studia Hammer Films. Wyspiarze czerpali zarówno ze swojej własnej tradycji literackiej, jak i z jej przetworzonej przez amerykańskie kino wersji, czyli przedwojennych horrorach Universalu. AIP, między innymi dzięki Cormanowi, stało się niejako odpowiednikiem Hammera za oceanem, ale zamiast po motywy wzięte z prozy Shelley czy Stokera, sięgnęło po własną literaturę grozy, której twarzą jest Edgar Allan Poe. Oczywiście wybór, jakiego dokonał Corman, nie był przypadkowy. W Stanach Zjednoczonych nie brakowało autorów wartych przeniesienia na ekran, lecz legendarny zmysł reżysera, który możemy roboczo nazwać „oszczędnościowym”, kazał mu wykorzystać coś, za co płacić nie musiał, bo prawa autorskie do opowiadań Poego dawno już wygasły. Pierwszy film z serii, „Upadek domu Usherów”, okazał się finansowym sukcesem, AIP zarobiło na kolejne produkcje, a Corman dalej ćwiczył scenograficzny recycling, korzystając często z tych samych dekoracji w kolejnych filmach, redukując koszta do minimum. Mimo narzuconej sobie dyscypliny budżetowej, Corman potrafił osiągnąć niesłychane efekty. A jednak, mimo ciekawych rezultatów, reżyser chciał odejść od wypracowanej przez siebie formuły i zrobił farsowego „Kruka” z Vincentem Pricem, Peterem Lorre i Borisem Karloffem. Potem na ekranie ożywił prozę Lovecrafta, ale na szczęście dla nas, powrócił do wcześniejszej estetyki i nakręcił swoje opus magnum – „Maskę czerwonego moru”. Za kamerą stanął wybitny operator, Nicolas Roeg.

Festiwal Filmów Kultowych: Zatrzymajmy się na moment na charakterystycznym sposobie realizacji tych filmów. Trzeba otwarcie przyznać, że Corman wcale nie dążył swoimi filmami do osiągnięcia artystycznej pełni. A jednak udawało mu się nieraz osiągać imponujące efekty. Tak dzieje się właśnie w przypadku adaptacji Poego. Co wpłynęło na tak indywidualny charakter tych filmów, którym nie przeszkodził pośpieszny rytm pracy?

Bartek Czartoryski: Corman miał niezwykle wyostrzony zmysł estetyczny, a poza tym był niezwykle przedsiębiorczy. Przywołam ponownie „Maskę czerwonego moru”, bo w tym filmie talent Cormana objawił się najpełniej. Zdjęcia zrobiono w Anglii ze względu na ulgi podatkowe, poza tym wykorzystano resztki scenografii z historycznego filmu o Tomaszu Becketcie, kręconego wcześniej w miejscu, do którego zjechał ze swoją ekipą Corman. Sam reżyser wspomina, że był pod wrażeniem garderoby, którą dysponował na planie – film zrobiono za niewielką sumę, a kostiumy zachwycają, współgrają idealnie z feerią barw, którą mieni się „Maska czerwonego moru”. Są tam wspaniałe, pełne nasyconych kolorów sceny. Wspomnieć wystarczy chociażby scenę balową, ostatnią sekwencję pochodu śmierci w różnokolorowych szatach (nawiązanie do „Siódmej pieczęci” Bergmana) czy zwiedzanie sal zamkowych, po których Francescę oprowadza Prospero. U Cormana widać niezaprzeczalne uwielbienie własnego dzieła i twórczą świadomość swoich umiejętności, w „Masce…” wzmocnioną jeszcze przez znakomitą robotę operatorską, podkreślającą kontrast barwnych szat i szarości murów twierdzy księcia-satanisty. To film niezwykle piękny, wręcz zachwycający, a przecież nakręcony w niecały miesiąc. Ale wizualna maestria niektórych filmów Cormana sprzężona jest z treścią, a przecież często mówi się o scenariuszowym ubóstwie adaptacji Poego. To nieprawda, co udowadnia właśnie fenomenalna „Maska…”.

Festiwal Filmów Kultowych: Estetyka tych filmów jest czymś, co zapada w pamięci najbardziej. Corman wykorzystuje chyba wszystkie akcesoria charakterystyczne dla kina grozy. Są zamczyska, upiory, żywe trupy (jednakże bardzo dalekie od filmów Romero),  pajęczyny… Można długo wymieniać. Jednak to wszystko wcale nie prowadzi do wywoływania strachu. Te produkcje przy całej swojej upiorności są niezwykle…eleganckie.

Bartosz Czartoryski: Ale urok tej elegancji polega właśnie na jej degeneracji. Ta wystawność jest udawana i przestylizowana. Porównałbym klimat Cormanowskich adaptacji Poego do wizyty w ekskluzywnej restauracji, w której podaje się wykwintne jedzenie z papierowych talerzyków.

Festiwal Filmów Kultowych: Czy można zatem powiedzieć, że ta przesadna stylizacja ociera się o kicz?

Bartek Czartoryski: Staram się unikać tego słowa, bo uległo dewaluacji, jest nadmiernie używane, często jako zamiennik dla estetyki po prostu nierozumianej, więc automatycznie tłumaczonej kiczem. Obecnie w kinie nie brakuje wybitnych stylistów, wspomnieć wystarczy chociażby Xaviera Dolana, a nazywanie wszelakiej wystawności i artystycznej przesady kiczem to nieporozumienie i pójście na analityczną łatwiznę. Mało kto obecnie potrafi fachowo zmierzyć się z kiczem w kinie, szerzej znane jest pojęcie kampu, bliskoznaczne, ale nie synonimiczne. A więc tak, filmy Cormana są w dużej mierze kampowe.

Festiwal Filmów Kultowych: Corman musiał być świadomy, że jego adaptacje z miejscem akcji ograniczonym często do przestrzeni zamczyska, nazbyt ekspresywnym aktorstwem, intensywną kolorystyką, tekturową scenografią nie mogą ujść uwadze widzów. Jednak właśnie w tym świadomym operowaniu ograniczeniami tkwi siła tych filmów, które przecież miały swoich zwolenników, ale także przeciwników. Szczególnie interesujący są ci ostatni. Jakie zarzuty spadały na Cormana po jego ekranizacjach prozy E. A. Poe?

Bartek Czartoryski: Filmy te były przede wszystkim pewnym źródłem dochodu dla AIP. Nikt zbytnio nie przejmował się, czy krytycy je polubią, czy też nie – liczył się fakt, że ludzie chodzili do kina i wydawali pieniądze, by móc kolejny raz rzucić okiem na Vincenta Price’a. Sporo czasu upłynęło, zanim Corman pozbył się łatki reżysera kojarzonego tylko i wyłącznie z kinem eksploatacyjnym. Dopiero z premierą „Dzikich aniołów” w 1966 zauważono Cormana-reżysera, który do tej pory siedział w Cormanie-tandeciarzu. Po sukcesie tego filmu Corman dostał trzy miliony dolarów na swój kolejny projekt – „Masakrę w dniu świętego Walentego”, co było, jak dla niego, sumą astronomiczną, większą sześćset razy, niż największy budżet, jakim do tej pory go obdarzono – skrupulatnie odnotował to w wywiadzie udzielonym Rogerowi Ebertowi w 1967. Corman został wreszcie w pełni doceniony, wręczono mu Oscara za całokształt twórczości, co drugi reżyser czy aktor z dumą przyznaje się do współpracy z nim, a o ekranizacjach Poego mówi się w superlatywach. Choć ich wartość artystyczną zauważono i pół wieku temu.

Festiwal Filmów Kultowych: Pojawiło się nazwisko Vincenta Price’a, który wystąpił w serii adaptacji Poe. To aktor niezwykle charakterystyczny, któremu nawet Tim Burton poświęcił swój krótki film animowany zatytułowany po prostu „Vincent”. Można odnieść wrażenie, że ten aktor jednak nie zyskał w Polsce statusu porównywalnego z popularnością, jaką cieszy się w Ameryce. Na czym polega fenomen tego aktora?

Bartosz Czartoryski: Price przez całe życie grał tylko jedną rolę – rolę Vincenta Price’a. Proszę nie zrozumieć mnie źle, ja nie kwestionuję jego umiejętności, lecz jedynie zwracam uwagę na pewną prawidłowość. Weźmy chociażby takie nazwisko jak Humphrey Bogart. Do kina szło się „na Bogarta”, zobaczyć „Bogarta”, a nie „nową rolę Bogarta” i podobnie jest w przypadku Price’a, on istniał w zbiorowej świadomości jako magnetyzująca osobowość. Gdy odgrywał postać, nie tyle stawał się nią, co ona stawała się nim, podporządkowywał sobie rolę kompletnie. Ale nic dziwnego, bowiem Price to człowiek faktycznie nietuzinkowy. W prawdziwym życiu był mecenasem i znawcą sztuki, pochodził z bogatej rodziny, miał nienaganne maniery, studiował w Yale. Jego sekret tkwi w niesamowitej charyzmie ekranowej, z której doskonale zdawał sobie sprawę i bezczelnie wykorzystywał swój urok, uwodził widza. Te jego wysublimowane, oszczędne ruchy i charakterystyczną mimikę twarzy chce się oglądać znowu i znowu. Price uzależnia. Dlatego tak głęboko zakorzenił się w kulturze zachodniej. Prócz wspomnianego już „Vincenta” Tima Burtona, do którego zresztą podkładał głos, występował w programach dla dzieci, kreskówkach, miał nawet swój program kulinarny.

Festiwal Filmów Kultowych: Vincent Price to nie jedyna gwiazda, która pojawia się w ekranizacjach Poe’go.

Bartek Czartoryski: Nie, oczywiście, że nie, jednak to właśnie z twarzą Price’a kojarzona jest seria. Ale w rzeczonych filmach wystąpiła również ikoniczna Barbara Steele, znana z włoskich horrorów gotyckich, wspomniani już przeze mnie Peter Lorre, widziany chociażby w „Casablance”, „Sokole maltańskim” czy „M – mordercy” i Boris Karloff, czyli legendarny potwór Frankensteina. A także Basil Rathborne, który wcielił się kilkanaście razy w Sherlocka Holmesa. No i scenariusze pisał przecież sam Richard Matheson, autor wielu znakomitych powieści, opowiadań i skryptów.

Festiwal Filmów Kultowych: Powinniśmy wrócić na chwilę do samego autora literackich pierwowzorów. Co z nich zostało?

Bartek Czartoryski: Oczywiście zależy od tytułu, któremu się przypatrzymy. Niekiedy filmy te jedynie żerowały na nazwisku Poego, czego najlepszym przykładem jest „Nawiedzony pałac”, w rzeczywistości oparty na „Przypadku Charlesa Dextera Warda” Howarda Philipsa Lovecrafta, a nie na tytułowym opowiadaniu. Czasem materiału literackiego nie wystarczyło na pełnometrażowy film, więc Corman posiłkował się kilkoma kawałkami Poego, łącząc je w scenariuszową jedność, jak chociażby w „Masce czerwonego moru”. W „Opowieściach niesamowitych” przyjął z kolei formę nowelową. Film składa się z kilku epizodów, a każdy z nich oparto na innym opowiadaniu. W każdym razie coś z Poego w tej serii pozostało, nawet jeśli nie elementy fabularne, bo Corman często wykorzystywał jedynie niektóre wątki i motywy, to na pewno atmosfera, klimat. To prawdziwy amerykański gotyk.

Festiwal Filmów Kultowych: Rzecz kultowa?

Bartek Czartoryski: Bez dwóch zdań.

Rozmowa ukazała się pierwotnie na stronie FFK.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga