sobota, 23 kwietnia 2011

My name is Kowalski - Polacy w kinie zachodnim

O rodzimych akcentach w kinie zagranicznym mówi się najczęściej w kontekście antypolonizmów, że nasz rodak na ekranie to albo gbur, albo prymityw, albo bandzior. I faktycznie, podobnych przykładów można znaleźć bez liku. Ale, pochłonięci małostkowym wytykaniem palcami wpadek niegodziwego Hollywood, stawiającego często przed Polakami krzywe zwierciadło, zdajemy się zapominać o tuzinach filmów, które narodową dumę mile łechcą.


Jednakże tekst ten nie będzie miał charakteru propagandowego, choć do kin niedawno wszedł film przez wielu krytyków ogłoszony czołobitnym hołdem z pozycji klęczącej dla wstecznej idei polskiego męczeństwa, więc okazja ku temu, być może, znakomita. Mowa oczywiście o „Niepokonanych” Petera Weira, którzy faktycznie grzęzną momentami w topornym patosie, lecz posłużą nam za przyczynek do dalszych rozważań. W tym oto filmie głównego bohatera, Janusza, gra Jim Sturgess – aktor charyzmatyczny, przystojny, posiadający ten specyficzny, ekranowy magnetyzm. Weir opisuje go jako człowieka nieustępliwego w swojej szlachetności, sprawnego fizycznie, ale i dbającego o potrzeby ducha. Innymi słowy jest Janusz projekcją długoletnich marzeń przeciętnego widza o rodaku-niezłomnym bohaterze, idealnie wpasowuje się w wypracowany przez lata Polaka portret własny, wskakuje na swoje miejsce w narodowej mitologii niczym dopasowany element układanki. Dlatego też spora część branży dziennikarskiej nie mogła przyjąć takiego obrazu bezkrytycznie, jest on bowiem podobnież zafałszowany, co dłubiąca w nosie stara Polka w filmie „Bruce wszechmogący”, niegodziwiec z „Enigmy”, czy pożerający kiełbasę spekulanci ze „Ściganego”.

Resztę artykułu można przeczytać na stronie Zwierciadła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga