piątek, 1 kwietnia 2011

Hopnij się w głowę

Ponoć krytyk filmowy to zmurszały, sfrustrowany dziad, co to wyżywa się na filmach, bo sam żadnego nie potrafił nakręcić. Jak też wiadomo wszem i wobec, takowy osobnik poczucia humoru nie posiada, więc nie uznaje dnia zwanego Prima Aprilis, bo czerpać radości z takich błahostek nie potrafi. Dlatego też, zamiast żarciku, wklejam obrazek odpowiedni na tę okazję:



Teraz z czystym sercem i poczuciem  dobrze spełnionego obowiązku mogę przystąpić do meritum. Od dzisiaj w kinach gości wielkanocny królik, którego perypetie opisałem w odpowiedniej recenzji:


Poza kinową salą trwa nieustająca dyskusja o wyższości świąt wielkanocnych nad Bożym Narodzeniem (albo odwrotnie), ale na ekranach niepodzielnie rządzi brodacz w czerwonym kubraku i nie chodzi bynajmniej o byle dziada. Święty Mikołaj, bo o nim mowa, mógłby mieć oddzielną półkę w wypożyczalni płyt DVD, albo może nawet i dwie, trzy. Za to filmów z wielkanocnym królikiem jest jak na lekarstwo, a nawet jak już się coś pojawia, to i tak goni ścieżką wydeptaną przez renifera Rudolfa ze świecącym nochalem. Abstrahując kompletnie od treści religijnych, „Hop” Tima Hilla powiela niemal całkowicie schematy znane z filmów bożonarodzeniowych, bo kto to widział, by królik powoził saniami i z nich sypał cukierkami i innymi słodkościami. Jest to co prawda szczególik, detal, ale wyrazisty, bowiem cała reszta też nie odstaje zbytnio od znanych perypetii mikołajskich. Znowu trzeba posprzątać bajzel, by uratować święta.
Zet (nie mylić z gościem z „Pulp Fiction”) to synalek Królika Wielkanocnego, który przejąć ma schedę po swoim ojcu, ale w głowie mu kariera rockmana. Naparza w perkusję nie gorzej niż Lars Ulrich, marzy mu się więc wyjazd do Hollywood, gdzie jego talent może zostać odkryty przez samego Davida Hasselhoffa. Tak jest, słynny Nieustraszony powraca w autoironicznej roli. Ale nie gwiazdor „Słonecznego Patrolu” gra tutaj pierwsze skrzypce, a raczej pierwsze bębny. Kiedy Zet ucieka przed swoim przeznaczeniem z Wyspy Wielkanocnej, w wyniku nieszczęśliwego wypadku, trafia pod opiekę próżniaka o imieniu Fred O'Hare (uwaga, gra słów: „hare” znaczy „zając”), skutecznie uprzykrzając mu życie. Na domiar złego, śladem Zeta rusza oddział różowych beretów – mają oni za zadanie sprowadzić chłopaka z powrotem do domu. A na Wyspie też nie dzieje się dobrze, bo chrapkę na posadę Królika ma wielkanocny kurczak Carlos.
Tim Hill to reżyser ze sporym doświadczeniem w realizacji projektów stanowiących mieszankę animacji i filmu aktorskiego, ma na koncie między innymi „Alvina i wiewiórki” oraz drugą część „Garfielda”. Przyznać trzeba, że wizualnie „Hop” robi niezłe wrażenie, graficy dali z siebie wszystko, a Zet i jego wesoła kompania świątecznych zwierzaków wygląda jak żywa. Dubbing niespodziewanie nie irytuje, sprawdza się wręcz znakomicie, może ze względu na mniej osłuchane głosy niż zazwyczaj, choć w poszczególne postacie wcielili się sprawdzeni profesjonaliści (Paweł Ciołkosz, Artur Pontek), a nie goście z łapanki. Zasadnicza słabość „Hop” leży więc nie po stronie formalnej, lecz treściowej, choć można spokojnie założyć, że dzieci będą bawiły się na seansie znakomicie, humor dostosowany jest w większości scen do młodzieży szkolnej (gwoli ścisłości: podstawówkowiczów), zapomniano niestety o rodzicach czy starszym bracie lub kuzynce. Nie ma co oczekiwać wielu popkulturowych nawiązań, zawoalowanych aluzji jasnych tylko dla dorosłych – „Hop” to kino dla najmłodszych, zachwycające szybkim tempem, dynamiczne i, co chyba najważniejsze, kolorowe i świecące. Film ten raczej nie strąci z piedestału Świętego Mikołaja, ale dzieciaki dowiedzą się wreszcie, że Królik można śmiało stanąć z nim w szranki.

A więc nadeszła odpowiednia chwila, by pożyczyć wszystkim udanego piątku. Zbliża się wieczorna godzina, bilety do kina pewnie zarezerwowane, ktoś już przyklepał stolik w knajpie albo przeprowadza wywiad z Claudią Cardinale. Zapraszam jutro, bo warto - kilka dni temu podpytałem Piotrka Plucińskiego o jego tegorocznych, filmowych faworytów, będzie można dowiedzieć się z krótkiego wywiadu co cieszy krytyka. Bo przecież nie Prima Aprilis.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga