wtorek, 5 kwietnia 2011

(Nie)boski seans

Gdyby reżyserzy byli w stanie wykorzystywać potencjał swoich filmów w stu procentach, pewnie łaziłbym od kina do kina jak ten poganiany przez białe myszki nałogowiec. A w nocy, kiedy podwoje przybytków dziesiątej muzy zamknięte są na głucho, ratowałbym się lśniącymi płytami wkładanymi do odtwarzaczy i słuchał tego wspaniałego szumu obracającego się krążka, czekając, aż napis "play movie" zaszczyci mnie swoją obecnością na ekranie. W gruncie rzeczy i teraz dnia nie przeżyję bez choćby jednego obejrzanego filmu, ale jakoś ten wpis trzeba było zacząć, ładnie nawiązując do tematu. Dzisiaj bowiem niezwykle gościnne kino Helios zaprosiło mnie na dwa seanse, a podczas pierwszego z nich miałem okazję zobaczyć "Jestem bogiem".

Eddie Morra, leser i niespełniony pisarz, za pomocą tajemniczego farmaceutyku ofiarowanego mu przez byłego szwagra, dostaje intelektualnego kopa - specyfik pozwala mu na uaktywnienie uśpionych dotychczas komórek mózgowych. W mgnieniu oka kończy swoją powieść, zostaje cudownym dzieckiem Wall Street, sięga po kobiety, pieniądze i gadżety niedostępne zwykłym śmiertelnikom. Ale jest pewna cena do zapłacenia za eliksir w tabletkach, którego pozazdrościłby mu doktor Jekyll: jego organizm nie wytrzymuje nadmiernej eksploatacji, na plecach siedzi mu wkurzony lichwiarz, kończą się magiczne dropsy, a konkurencja giełdowa nie śpi. No więc wątków jest dużo, akurat tyle, by mógł ogarnąć je umysł niezwykły, ale na stołku reżyserskim zasiadł zaledwie rzemieślnik - Neil Burger to co prawda całkiem sprawny filmowiec, lecz brak mu podzielności uwagi i dwóch dodatkowych par rąk, by zająć się wszystkim należycie. Jakby tego było mało, Burger do puli dorzuca jeszcze historię nierozwiązanego morderstwa, w które zamieszany jest Eddie, gdzieś tam w tle majaczy postać byłej żony pisarza, a w dodatku film nie posiada należytego zakończenia. I nie dziwota, wszak jak te wszystkie supły porozwiązywać w niecałe dwie godziny? W tym pośpiechu niejednokrotnie gubi się logika, ale jeśli bezkrytycznie przyjąć wszystkie durnoty, jakie nam się serwuje, to z tej papki wyłania się całkiem strawne filmidło. Tym bardziej szkoda niewykorzystanego Roberta De Niro, który pojawia się na ekranie zbyt rzadko i każe mu się robić dobrą minę do złej gry, udawać, że jego jednowymiarową postać starannie wyrzeźbiono, a nie wycięto z papieru. Tak czy inaczej, ustaliliśmy, że pomysł był. Zaimplementowano go jednak na zasadzie hurra, walimy z tym, jakoś to będzie. A niestety, scenariusz sam się nie napisze. Zaś sympatię wzbudza sam Eddie (niezła rola Bradleya Coopera), żywe Google (a "Jestem bogiem" może być wariacją na temat Google Earth, bo kamera momentami śmiga po ulicach jak nasza przeglądarka na spidzie). Nasz bohater polega głównie na swojej fantastycznej pamięci, z której zasobów czerpie, jego wiedza jest w dużej mierze odtwórcza, w gruncie rzeczy żaden z niego geniusz (pewnie moje rozumowanie jest błędne, wszak facet napisał bestseller science-fiction w cztery dni, ale cóż poradzić - ja wykorzystuję jedynie jedną czwartą potencjału swojego mózgu), w głębi to dalej poczciwina, świadomy swoich ograniczeń everyman. A więc swój chłop, nie sposób go nie polubić. Tak jak i tego wpisu, pamiętajcie proszę, że "lajk" czeka na pieszczotę waszego kursora.

Drugim filmem, który obejrzałem podczas dzisiejszego mini-maratonu, był "Rytuał", o którym za chwilę. Teraz przerwa na plakat:
 
I już. No więc - "Rytuał" pozuje na poważne kino o opętaniu, a w rzeczywistości jest nieco rozmytym horrorem, który bardzo chce być "Egzorcystą", ale mu nie wychodzi. Ba, żeby nie być gołosłownym: w filmie stary, doświadczony ksiądz Lucas (w tej roli Anthony Hopkins) mówi do młodego sceptyka, rozczarowanego niskim walorem rozrywkowym egzorcystycznego rytuału: "sądziłeś, że uświadczysz wykręcanych głów i zupy z groszku?".  Mikael Hafstrom posługuje się marną iluzją, "Rytuał" okazuje się obłudny, gdyż w drugiej połowie filmu dokładnie tego widz będzie świadkiem, lecz tym razem zamiast groszku zwymiotowane zostaną gwoździe. Może i byłby to znakomity przykład autoironii, gdyby nie nastrój tego obrazu, aspirującego chyba do rangi peanu na cześć mocy wiary, stojącego w opozycji do starych filmów satanicznych, często o wydźwięku antychrześcijańskim. Nie jest wykluczone, że "Rytuał" zostanie posądzony o zakusy wręcz pro-klerykalne, ale dla miłośnika kina grozy będzie to miało znaczenie poślednie, bowiem skupić mu się przyjdzie nad tym, czy film faktycznie może zasłużyć na miano porządnego straszaka. Odpowiedź: niezupełnie. Widzieliśmy już przecież powykręcanych ludzi, słyszeliśmy szepty dochodzące zza pleców, żyły już niejednemu na twarz wyszły, a drzwi niejednokrotnie głośniej trzaskały. Poza tym postaci dobrane są na zasadzie wyświechtanego kontrastu - nieopierzony, wątpiący ksiądz oraz wiekowy, głęboko wierzący egzorcysta; prawdziwą treścią filmu staje się więc konflikt sprzecznych postaw. Zadaniem duchowych będzie nie tyle wypędzenie diabła, co poddanie testowi swojej własnej wiary, tytułowy "rytuał" może w tym kontekście oznaczać rytuał przejścia, inicjacji - i tak jest w istocie, o czym przekona się młody diakon terminujący u egzorcysty.  Hafstrom swój film stylizuje na racjonalistyczny, podpiera się prawdziwym przypadkiem ojca Gary'ego Thomasa, którego osoba posłużyła za pierwowzór Michaela; otwiera "Rytuał" słowami Jana Pawła II, który nauczał, że diabeł żyje i ma się dobrze; w usta jednego z księży wkłada kilka rzekomych faktów - ale to wszystko wcale nie dodaje jego dziełu autentyzmu, na tym polu przegrywa z "Egzorcyzmami Emily Rose", a na każdym innym z "Egrozcystą". Ponadto - egzorcyzm to rzecz niezwykle rzadka w kościele katolickim. W filmie Hafstroma okazuje się jednak, że w Rzymie demony hasają sobie do woli, co drugi Włoch jest opętany przez Baala, Belzebuba czy innego Lucyfera, aż strach pod Koloseum jechać. Pewnie, jako niereformowalny horrorysta, zapewne nie jestem sprawiedliwy w ocenie "Rytuału" i ta część publiki stroniąca na co dzień od zjaw, zombie i monstrów będzie usatysfakcjonowana, bo robota filmowa całkiem przyzwoita. Plus niezniszczalny Rutger Hauer.

Dziękuję za uwagę, dobranoc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga