środa, 6 kwietnia 2011

Dzisiaj w "Filmie": "Piekielna zemsta" i "Roommate"

W kioskach, salonikach prasowych, supermarketach i innych punktach, do których docierają magazyny dla pań i panów, można już od kilku dni kupić nowy numer "Filmu" z fajną rek... tfu, z fajną okładką. Oto i ona:


W środku znalazły się dwa krótkie teksty mojego autorstwa: recenzja filmu, który już z ekranów zszedł, oraz innego, który na ekrany nie wejdzie. I dobrze, bo mowa o "Roommate" (jedna gwiazdka na sześć możliwych), czyli: Leighton Meester, gwiazdka popularnego wśród młodzieży serialu "Plotkara", daje lekcję mody i stylu, a Christian E. Christiansen pokaz nużącej i niewprawnej reżyserii. Nie będę powtarzał, co o tym filmie sądzę, można poczytać w prasie, ale ocena mówi sama za siebie. Marny półprodukt naśladujący formułę dreszczowca, w dodatku robiący to w tak nieudolny sposób, że aż zęby trzeszczą. Parafrazując oryginalny tagline: ze wszystkich premier tygodnia, musiałem trafić akurat na tę. Na szczęście polski dystrybutor, w całej swojej mądrości, postanowił najwyraźniej nie wprowadzać filmu na ekrany, bowiem informacje o dacie pierwszych seansów zniknęły z sieci.

Jeśli chodzi o drugi opisywany przeze mnie film, "Piekielną zemstę" (cztery gwiazdki), pozwolę sobie przytoczyć dwa zdania z recenzji:

Patrick Lussier składa hołd amerykańskiej popkulturze śmieciowej. „Piekielna zemsta” z miejsca staje się klasykiem guilty pleasure, inwokacją do grindhouse'owych muz, filmem w perfidny sposób epatującym swoim jarmarcznym tandeciarstwem, świadomą manifestacją własnej szpetoty. (Film, nr.04, 2011, s.84)

Tak, wbrew wszelkiemu rozsądkowi, ten zły do szpiku kości film sprawił mi niesamowitą frajdę. Gdyby pokusić się o umiejscowienie „Piekielnej zemsty” na ogromnej filmowej mapie, obraz ten znalazłby się gdzieś pomiędzy nowoczesnym kinem eksploatacji, a akcyjniakami z lat osiemdziesiątych. A jest to kraina, do której zawsze chętnie podróżuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga