piątek, 22 kwietnia 2011

Duże jest brzydkie - recenzja filmu "Agent XXL: Rodzinny interes"

Ponad pół wieku temu Tony Curtis i Jack Lemmon, uciekając przed bandziorami, wskoczyli w damskie fatałaszki i przyłączyli się do żeńskiego zespołu muzycznego, rozpoczynając tym samym komedię wpadek i omyłek, kto wie, czy nie jedną z najzabawniejszych w dziejach kina. „Pół żartem, pół serio” posłużyło potem za odskocznię filmowcom pragnącym odtworzyć komiczny efekt fenomenalnego filmu Billy'ego Wildera, często zapominającym przy tym, że nie wystarczy faceta przebrać za babę, by widz zrywał boki.


Podobną motywację co ich protoplaści mają bohaterowie trzeciej już części popularnej (nie wiedzieć czemu) serii „Agent XXL” – by było śmieszniej, dopisano podtytuł „Rodzinny interes” i zamiast jednemu gościowi, spódnice i sukienki wręczono dwóm. Ponoć film ten ma być zapowiedzią nowego cyklu cross-dressingowego, tym razem przeznaczonego dla nastolatków, bowiem Martin Lawrence, twarz cyklu, odsuwa się nieco na bok, w cień, a miejsce w świetle reflektorów zajmuje jego filmowy pasierb, Brandon T. Jackson. By bilans postaci pierwszoplanowych się zgadzał, w trzeciej odsłonie „Agenta XXL” znika za to znana z poprzednich części Nia Long.

Lawrence ponownie wciela się w rolę mistrza kamuflażu z FBI, agenta Malcolma Turnera. Przypadkowo w jedną z przeprowadzanych przez niego akcji zostaje wplątany Trent, jego przybrany syn i początkujący raper. Chłopak jest świadkiem morderstwa dokonanego przez Chirkoffa, rosyjskiego gangstera, co czyni go automatycznie kolejnym celem przestępcy. Mamuśka, alter-ego Malcolma o potężnym tonażu, musi więc powrócić i zapewnić pasierbowi przykrywkę idealną. Za miejsce poza zasięgiem półświatka uznaje żeńską szkołę sztuk pięknych, więc w pończochy i biustonosz musi wbić się także Trent – przyjmując imię Charmaine. Intryga sensacyjna okazuje się być pretekstowa, a komedia kryminalna, skądinąd mierna, oddaje pola filmowi dla młodszej widowni, posuwając się tym samym o krok bliżej do granicy niezjadliwej żenady.

Przygody Trenta i Malcolma wśród pięknych i powabnych uczennic okazują się chałupniczą robotą, ze scenariuszem napisanym na kolanie, a może i nawet skopiowanym słowo w słowo z dziesiątków innych filmów. „Agent XXL: Rodzinny interes” to rzecz zła od pierwszego do ostatniego kadru, obraz powielający gatunkowe schematy do znudzenia, wszak żart opowiedziany po raz wtóry już po prostu nie śmieszy. Gdyby jeszcze film nakręcono ze swadą, poeksperymentowano z komediowym szablonem, gdyby poza wpleceniem obowiązkowych, transseksualnych aluzji, zrobiono jakikolwiek użytek z tych kolorowych kiecek zasłaniających owłosione łydki...

„Agent XXL: Rodzinny interes” eksploruje niziny gatunku w nieudolnej próbie zaskarbienia sobie sympatii nowej, nastoletniej widowni, zapominając przy tym, że ich docelowa publika już nie takie rzeczy widziała na ekranie. Tutaj trup, tam musicalowe fetysze, gdzie indziej szkolny romansik – niby każdy znajdzie coś dla siebie, ale podobnie będzie i na wysypisku śmieci, kłopot więc z terminem przydatności do spożycia albo stanem technicznym wyszperanego produktu. No i, jak to mówią, co za dużo, to niezdrowo.

Recenzja pierwotnie ukazała się w portalu Stopklatka.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga