środa, 20 kwietnia 2011

Droga do szczęścia - o "Sali samobójców" i "Żonie doskonałej"

Jak co wtorek skorzystałem z zaproszenia kina Helios i poszedłem na bezstresowy seans filmowy do potęgi. Premier w tym tygodniu jakoś niewiele, więc nadrabiałem zaległości i wybrałem się na ostatni film Francoisa Ozona "Żona doskonała". No i po raz drugi zobaczyłem "Salę samobójców". Zaskakujący był dla mnie wysnuty potem wniosek, że pomimo oczywistych różnic, te dwa filmy mają pierwiastek wspólny. A jest nim idea szczęścia postrzegana jako jedna z życiowych dróg, którą można, ot tak, po prostu, sobie wybrać.


Dla Dominika, bohatera "Sali samobójców", rodzice wyłożyli gładkim asfaltem właśnie ścieżkę do szczęścia, ale chłopak i tak natrafia na wyboje. A jest ich co niemiara. Z wrocławskiej premiery filmu Jana Komasy wyszedłem zachłyśnięty zaproponowaną mi wizją wystylizowanego świata, w którym w dodatku zawiera się jeszcze inny, wirtualny. Przymknąłem wtedy, a może nawet i zamknąłem oczy na niedociągnięcia tego, bądź co bądź udanego filmu, ale teraz sobie ponarzekam. Bo, wracając do metafory drogi, dla widza "Sala samobójców" też pełna będzie momentów, na których można stracić zawieszenie i nawet mocne resory nie pomogą. Komasa, reżyser, któremu osobiście bardzo kibicuję i cieszy mnie świeża, wysoka dotacja PISFu na jego nowy projekt, za bardzo chce wtłoczyć odbiorcy do głowy prawdę o, ekhm, życiu. Że rodzice nie dbają. Że dzieciaki rozwydrzone. Że presja otoczenia. Że coś tam. Zacząłem zauważać sztywne dialogi, może i same w sobie też wystylizowane, ale niezmiennie pretensjonalne; rodzinną psychodramę z umownymi, nieracjonalnymi zachowaniami rodziców Dominika; nieco nadęte moralizatorstwo. Może się mylę, może to wszystko zamierzone, może miał na celu Komasa udowodnienie, że jego film ma być taki, jaki cała obecna kultura popularna - szczątkowy i pozlepiany z elementów pozornie do siebie nieprzystających. Jasne, da się o "Sali samobójców" powiedzieć wiele dobrego, a i ja sam wystawiam filmowi wysoką notę, lecz pęknięcia na tej kinematograficznej autostradzie przeszkodziły mi nieco w gładkiej jeździe. Mocno wierzę jednak, że Komasa swoim kolejnym dziełem udowodni, że warto pokładać nadzieję w jego nieprzeciętny talent.



Za to "Żona doskonała" to film... uroczy. O tak, to bodaj najodpowiedniejsze słowo. Rzecz dzieje się w 1977 roku, a ówczesną rzeczywistość reżyser oddał w najmniejszym detalu. Nie przeczę, patrzyłem na ekran jak urzeczony, był to dla mnie kontakt ze swojską egzotyką. "Żona doskonała" to w oryginale "Potiche", czyli bibelot, dekoracja, coś na pokaz. Suzanne, kura domowa, żona dyrektora fabryki parasoli, czuje się dokładnie tak - czyli niepotrzebna. Córka coś jej tam niby ględzi o emancypacji, ale przecież pani Pujol już wybrała szczęście, żyje nim i oddycha. Ale gdy mąż idzie na chorobowe po szturmie robotników na zakład, staje się sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem, zaznaje smaku życia publicznego (a co za tym idzie - udaje jej się przedefiniować prywatną koncepcję szczęścia)  i w efekcie ze swojej drugiej połówki czyni bibelot. Do tego w znakomitym, czarującym stylu, jak tylko Catherine Deneuve potrafi. Szczęśliwie Ozon nie zamknął się w ramach rozbrykanej komedii, krytykuje na lewo i prawo z niespotykaną gracją - szydzi i z gorączkowych, nierozsądnych komunistów, i jakby nieobecnej duchem, nieakceptującej zmieniającej się rzeczywistości burżuazji. Dyskretny urok Ozona, ot co!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga