wtorek, 26 kwietnia 2011

Co w nawiedzonym domu skrzypi? O najlepszych ghost stories słów kilka.

Obejrzałem wczoraj "Insidious" i... podobało mi się. Od dawna nie bawiłem się na horrorze aż tak dobrze, a do seansu podszedłem z rezerwą, gdyż za reżyserię i scenariusz odpowiedzialni byli goście od "Piły". Co prawda mam słabość do ghost stories, a tutaj, przynajmniej przez pierwszą część filmu, na ekranie leci sobie klasyczna odmiana opowieści o duchach: skrzypiące drzwi odgrywają swoją melodię, coś łypie ze starej fotografii, a nad dziecięcą kołyską czai się widmowy stwór. Aż trudno uwierzyć, że film ten miał śladowy budżet, nieco ponad milion dolarów - szczególnie, że w drugiej połowie "Insidious" zbacza w stronę dekoracyjnej, mrocznej fantastyki i właśnie ten stylistyczny zwrot oczarował mnie do głębi. A skoro jesteśmy przy ghost stories, chciałbym przypomnieć tekst, który przed kilkoma laty opublikowałem na stronach Klubu Miłośników Filmu - wybaczcie więc młodzieńczą naiwność entuzjasty bijącą z artykułu. Jest to krótki ranking najlepszych, moim zdaniem, filmowych opowieści o duchach. Dodam, że gdybym miał rozpisać podobne zestawienie teraz, "Insidious" znalazłby się na wysokiej pozycji. Filmów jest dwanaście, bo umyśliłem sobie, że właśnie punkt dwunasta zmory wszelakie wypełzają ze swych nor. Zapraszam.
12
Sierociniec (2008)

Ponoć najbardziej lubimy piosenki, które już dobrze znamy. Nie inaczej jest z filmami. Z tego powodu „Sierociniec”, który na pierwszy rzut oka jest kolejnym odgrzewanym kotletem, cieszy się ogromną wręcz estymą zarówno wśród krytyki, jak i widzów. Hiszpański reżyser Juan Antonio Bayon złożył swój film z elementów powielanych setki razy przez kino grozy, a jednak końcowy efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania publiczności. Dziecko jako jedyny łącznik z duchami, tajemnica z przeszłości czekająca na rozwiązanie i obowiązkowy sceptycyzm otoczenia wobec tego, co dzieje się w dawnym sierocińcu - wszystko to znamy z przynajmniej kilku filmów o zjawach i upiorach. Jednak obrazowi Bayona brak naiwności, która tak często cechuje gatunek. Na uwagę zasługują też fantastyczna gra świateł i praca kamery, które zaskakują swoją świeżością. Powolne, majestatyczne ruchy ręki operatora oraz rezygnacja z teledyskowego montażu wychodzi nastrojowemu horrorowi na dobre. W „Sierocińcu” każdy kadr emanuje pięknem, aczkolwiek przybrudzonym i niejednokrotnie odpychającym. Wizualna ambiwalencja filmu sprawia, że „Sierociniec”, przy praktycznie całkowitym braku oryginalności w warstwie fabularnej, intryguje, ciekawi, i, co najważniejsze, straszy.


11
Klątwa (1998 - 2003)

Jedyna w zestawieniu seria. Trudno w całej sadze „Ju-on” wyróżnić jeden film, gdyż reżyser Takashi Shimizu co rusz dokręcał kolejne odsłony, uzupełniał, realizował nowe wersje, a później w Stanach Zjednoczonych „rimejkował”. Z tej przyczyny trzeba patrzeć na cykl całościowo i właśnie ten urok mini-serialu urzekł mnie w pierwszej kolejności. Poszczególne „Klątwy” wymagają od widza więcej niż przeciętna opowieść o duchach. Shimizu posługuje się ciekawą konstrukcją fabularną, zaburzając chronologię i pokazując wydarzenia z perspektywy każdej z występujących w filmie postaci. Do oglądającego należy poskładanie w całość często nieprzystających do siebie puzzli, co owocuje zawiązaniem intrygi niczym w kryminale. I niech potencjalnego widza nie odstraszy pani z kruczoczarnymi włosami opadającymi na twarz, czołgająca się po podłodze, gdyż „Klątwie”, pomimo pozornych podobieństw fabularnych, daleko do „Ringu”; nie jest to kolejny klon kultowego już filmu. Błędne pojmowanie wielu japońskich ghost stories wynika z nieznajomości tamtejszej kultury, w której postać owej kobiety jest niemal nieodłączną częścią składową wzorcowej opowieści o duchach i każdy kolejny film bazujący na podobnym schemacie niekoniecznie jest kalką filmu Hideo Nakaty.

10
Porzuceni (2006)

Jeden z najbardziej nietypowych filmów na liście. Cóż, gdy autorem jest sam Nacho Cerda, autor takich obrazów jak „Aftermath” i „Genesis”, nie może być inaczej. „Porzuceni” kokietują przepiękną oprawą wizualną, która płynnie przechodzi od niemal fantastycznych pejzaży do turpistycznej makabry, od baśniowej zieleni do gnijących odcieni rozkładających się zwłok. Kamera umiejętnie rejestruje nie tylko to, co widać gołym okiem na ekranie, lecz także to, co czai się w głębi umysłu i serca głównej bohaterki. Nadal pozostaje dla mnie tajemnicą, w jaki sposób Xavi Gimenez zdołał sfotografować pustkę i samotność, dotknąć nienamacalnego. Jednak wizualna maestria to nie wszystko, co oferuje Cerda w „Porzuconych”, to jedynie wierzchołek góry lodowej. Nagromadzenie elementów fabularnych przyprawia o zawrót głowy, film wykracza o lata świetlne poza ramy opowieści o duchach. Czy w ogóle nią jest? Odpowiedź na to pytanie, jak i na dziesiątki innych, reżyser zostawia bez odpowiedzi, tworząc jeden z najbardziej sugestywnych, jak i tajemniczych obrazów w historii kina grozy.

9
Duch (1982)

… czy jak kto woli, „Poltergeist”, czyli duch ‘stukający’ to wspólne dzieło speca od horroru, Tobe Hoopera oraz Stevena Spielberga, które odbiło się szerokim echem nie tylko wśród fanów gatunku, lecz i krytyki, co pociągnęło za sobą aż trzy nominacje do nagród Akademii. „Duch” łączy w sobie to, co najlepsze od obu twórców: Hooper zadbał o napięcie i strach przenikający widza do szpiku kości, Spielberg uczynił „Poltergeista” nośnikiem… wartości rodzinnych, których podstawą jest oczywiście miłość. W efekcie ich wspólny film konstrukcją fabularną przypomina złowieszczą baśń, w której rodzice, by ratować ukochane dziecko, zmuszeni są stawić czoła tytułowego zagrożeniu. Ponadto, na długie lata przed powstaniem „Ringu”, przekaźnikiem dla sił nieczystych stał się produkt współczesnej cywilizacji – w „Duchu” jest to telewizor, co otwiera wiele ścieżek interpretacyjnych. Jako ciekawostkę należy dodać, że klątwa poltergeista rzekomo dotknęła ekipę pracującą nad filmem, zbierając krwawe żniwo. Najtragiczniejszą była śmierć dwunastoletniej Heather O’Rourke, czyli niezapomnianej Carol Ann z filmu, u której błędnie zdiagnozowano poważną chorobę. Łącznie w przeciągu sześciu lat, dzielących premiery pierwszego i trzeciego filmu z serii, zmarły cztery osoby pracujące nad cyklem.

8
Inni (2001)

Ponad sto lat temu brytyjski pisarz amerykańskiego pochodzenia, Henry James, spłodził króciutką powieść, znaną u nas jako „W kleszczach lęku” (w oryginale „The Turn of the Screw”). Na początku XXI wieku jego dzieło, będące być może zapisem rojeń psychicznie chorej guwernantki, a być może świadectwem bytności duchów w jej otoczeniu, pojawiło się jako jedna z inspiracji filmu „Inni” autorstwa Alejandro Amenabara. Film powstał ponoć na fali sukcesu „Szóstego zmysłu” i wykorzystuje podobne rozwiązania fabularne, jednak daleki jest od prostego imitowania filmu Shyamalana. „Inni” osiągają autonomię za sprawą tego, że ani przez moment nie kryją, iż nie są niczym więcej niż horrorem. Ale za to jakim! W obliczu nowego tysiąclecia Amenabar serwuje nam niemal staroświecką historię o duchach, budując pełną niesamowitości atmosferę, otulając widza wszędobylską mgłą i zapraszając do starego domostwa, otwierając przed nami skrzypiące drzwi. Nie oznacza to jednak, że „Inni” to archaiczna rozrywka dla miłośników plastikowych pajęczyn. Hiszpański twórca umiejętnie stosuje środki dostępne nowoczesnemu filmowcowi, nie popadając w przesadę i dając nam dzieło nieprzeciętne i jedno z najlepszych w swojej klasie.

7
Krąg (1999)

Czy chcemy tego czy nie, ten film już chyba na zawsze będzie synonimem słów „japoński horror”. Właśnie od obrazu Hideo Nakaty zaczął się, trwający już dziesięć lat, szał na produkcje z Kraju Kwitnącej Wiśni i państw ościennych, otwierając tym samym nowy rozdział w dziejach filmu grozy. Z tego też powodu „Ring” oceniać trzeba jako nie tyle film, co zjawisko, a takiego nie było w kinie od lat. Pomysł na sukces był stosunkowo prosty, gdyż ludowe opowieści japońskie od setek lat straszą żeńskim upiorem o długich po pas włosach. Przeniesiono więc historię do współczesności, zbudowano wokół niej zagadkę, której nie powstydziłaby się Agata Christie i mamy „Krąg”, jeden z najsłynniejszych horrorów, jaki kiedykolwiek powstał. Nakata co najmniej dorównał literackiemu pierwowzorowi z werwą wizualizując koszmary Koji Suzukiego, jednocześnie idealnie dawkując tempo. W „Ringu” subtelny klimat opowieści o duchach miesza się z intensywnością, która nie pozwala oderwać się od ekranu. No i koszmarna kaseta video, która dała podstawę do niezliczonych rozważań na temat negatywnego wpływu współczesnej technologii i mediów na jednostkę. Pomimo że chwała „Ringu” już nieco przebrzmiała, nie sposób mówić i myśleć o japońskim kinie grozy bez znajomości tej pozycji.

6
Kwaidan (1964)

Pomimo iż z całej mistrzowskiej trylogii „samurajskiej” Masaki Kobayashiego to właśnie „Kwaidan” uznawany jest za najsłabsze ogniwo, nie oznacza to tym samym, że jest to film mierny i niewart obejrzenia. Nic bardziej mylnego! „Kwaidan” nie tylko urzeka każdą sekundą, wysmakowaniem plastycznym w czterech nowelach składających się na cały obraz (ręcznie malowane tła, cienie na twarzy "zimowej Pani", festiwal kolorów w trakcie bitwy pod Dannourą), ale także stanowi pomost pomiędzy kulturami. „Kwaidan” chciałoby się określić dziełem czysto japońskim, ale czy tak jest w istocie? W końcu wszystkie te historie spisał Lafcadio Hearn (w Japonii przyjął imię Koizumi Yakumo), Europejczyk z krwi i kości, pół Grek, pół Irlandczyk, i to na jego dziele Kobayashi oparł swój film. Gdy czyta się lub ogląda "Kwaidan", czuć syntezę europejskości z egzotyką Japonii - to przeżycie niezapomniane. „Kwaidan” jest dla czytelnika i widza wspaniałym krokiem w kierunku Nipponu, krokiem, który robimy nie tylko my, ale który twórca wykonuje w naszą stronę. Jest to wyciągniecie ręki do europejskiego widza, film zdający się krzyczeć "zobacz, Japonia nie jest taka straszna”, choć w kontekście filmu grozy, o którym mówimy, brzmi to nieco dziwnie.

5
Szósty zmysł (1999)

„Widzę martwych ludzi” mówi dziewięcioletni Cole w filmie Shyamalana. Cytat, który zostanie na wiele lat w głowach kinomanów, nie tylko tych zakochanych w horrorze, bo czy w ogóle można rozpatrywać „Szósty zmysł” w kategoriach kina grozy? I tak, i nie. Jest to jeden z obrazów, któremu udała się rzadka sztuka zerwania z narzuconą konwencją. Omawiany tytuł eksploruje tereny, które długo pozostawały poza panoptikum horroru, pomimo tego, że części składowe wydają się tak bardzo charakterystyczne dla gatunku. Reżyser zdecydował się przearanżować znane nam schematy i z pozornie mało oryginalnej opowieści o duchach rodzi się film o zacięciu psychologicznym, który pozwala na refleksje dotyczące życia zarówno tego doczesnego, jak i pozagrobowego. Nie oznacza to tym samym, że w „Szóstym zmyśle” nie uświadczymy prawdziwej grozy. Shyamalan niczym weteran operuje dostępnymi mu narzędziami, a pamiętać trzeba, że to jego pierwsza wycieczka w krainę horroru. „Szósty zmysł” to jedna z najciekawszych propozycji ostatniego dziesięciolecia i film, który niemal natychmiastowo stał się klasykiem kina niesamowitego – zasłużenie!

4
Nie oglądaj się teraz (1973)

Gdy za reżyserię zabrał się wybitny operator Nicolas Roeg, publika mogła być pewna jednego – doskonałego wykonania filmu od strony wizualnej. Faktycznie, „Nie oglądaj się teraz” nie zawodzi w tym aspekcie ani trochę, obsesje głównego bohatera, rozpaczliwie goniącego za widmem zmarłej córeczki po ulicach i kanałach Wenecji, stają się tak sugestywne, że aż namacalne, nie tracąc przy tym swojej niesamowitości. Roeg, posługując się trudnymi, może nawet niemożliwymi do wyjaśnienia zbiegami okoliczności, mnożącymi się przed głównym bohaterem, opisuje tym samym stan jego psychiki. Czy zrozpaczony ojciec widzi widmo dziecka, bo posiada pewien dar, czy też odpowiedzialny jest za to jego własny umysł, umęczony przez smutek odczuwany po stracie? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednak prosta i nie pomaga nawet jeden z najlepszych, a zarazem konfundujących, twistów fabularnych w historii kina. „Wspólne” dzieło Roega i pisarki Daphne du Maurier, autorki „Rebeki” i „Ptaków”, zapamiętane zostanie również ze względu na słynną scenę erotyczną, niezwykle odważną jak na owe czasy i znakomicie zmontowaną przez reżysera.

3
Nawiedzony dom (1963)

Film kochany niemal przez wszystkich, którzy się z nim zetknęli. Grupa badaczy zjawisk paranormalnych kontra nawiedzony dom. Jednak nie sama fabuła jest najważniejsza, lecz to, w jaki sposób Robert Wise dawkuje widzowi grozę. Operując niemal wyłącznie światłem, dźwiękiem i znakomitą pracą kamery, reżyser osiąga efekt dostępny tylko nielicznym. Pomimo że na ekranie nie uświadczymy hektolitrów krwi ani parady upiorów, aura niesamowitości bijąca z ekranu sprawia, że „Nawiedzony dom” oglądamy siedząc na brzeżku fotela i nie odczuwamy braku efektów specjalnych. Co więcej, po uważnej obserwacji tego, co dzieje się na ekranie, zaczynamy zastanawiać się, czy to wszystko nie jest przypadkiem efektem depresji jednej z bohaterek? A może jednak mieszkańcy Hill House naprawdę powrócili z zaświatów? Wise zaprasza nas do wejścia w jego świat, byśmy sami poszukali odpowiedzi na to pytanie, przekraczając próg tytułowego domu.

2
Dom na przeklętym wzgórzu (1959)

Stary, czarno-biały film klasy B na tak wysokiej pozycji? Przyznam się bez bicia, że „Dom na przeklętym wzgórzu” Williama Castle’a to moja słabość i tylko przyzwoitość powstrzymała mnie od umieszczenia tej produkcji na pierwszym miejscu zestawienia. Powód jest prozaiczny: podczas półtorej godziny spędzonej z tym obrazem nie sposób się nudzić, Vincent Price i William Castle dostarczają tony nieskrępowanej niczym zabawy. Nie odszukamy tutaj wirtuozerii realizatorskiej, strachu też wiele nie uświadczymy, lecz magia kina działa od pierwszej sekundy. Staroświecki urok tego obrazu miesza się z nowoczesnymi trickami reżysera, usłyszymy więc skrzypiące drzwi, za którymi czai się chodzący kościotrup, a wiatr porwie firany, by odsłonić odciętą głowę. William Castle słynął z organizowania interaktywnych seansów, by zapewnić widzom nowe doznania. Podczas projekcji „Domu na przeklętym wzgórzu” w pewnej chwili nad publiką przelatywał podwieszony pod sufitem szkielet. Pomimo że omawiany film nadgryzł nieco ząb czasu, ta mieszanka campu i prawdziwej pasji twórczej nadal robi ogromne wrażenie.

1
Zemsta po latach (1980)


Jedno z arcydzieł horroru i numero uno naszego rankingu. Nastrojowy film Petera Medaka w pełni zasługuje na laury, które przez lata zebrał. Z pozoru standardowa opowieść o wdowcu, dręczonym przez ducha zmarłego dziecka w starym, wiktoriańskim domostwie, od trzydziestu lat nieustannie fascynuje widzów. Główna oś fabularna filmu oparta jest na autentycznych ponoć doświadczeniach pisarza Russella Huntera, który miał być dręczony przez poltergeista w domu, który zamieszkiwał. Przeprowadzone na własną rękę dochodzenie doprowadziło go do odkrycia strasznej prawdy – na strychu przetrzymywany był niepełnosprawny chłopiec, którego rodzice zwyczajnie się wstydzili. Spisywał on pamiętnik, który po latach odkrył właśnie Hunter. Swój film Medak oparł na opowieści pisarza, zachowując jej najistotniejsze elementy, w tym oczywiście niemogącego zaznać spoczynku ducha chłopca, nawiedzającego budynek. W skład zaangażowanych do „Zemsty po latach” strachów, oprócz obowiązkowych, stukających okiennic i hałasujących drzwi, wchodzą rzeczy powiązane z ziemskim życiem nieszczęśliwego chłopca: wózek inwalidzki oraz mała, czerwona piłeczka. Być może na papierze czy na ekranie monitora nie brzmi to wyjątkowo złowieszczo, lecz Medak mistrzowsko buduje atmosferę paraliżującego wręcz strachu. „Zemsta po latach” to niezapomniany obraz, geniusz w swojej klasie i zdobywca medalu dla najlepszej opowieści o duchach.

I tyle. Dobranoc.

9 komentarzy:

  1. Ranking ghost stories, w którym nie ma ani jednej koreańskiej opowieści o duchach, w którym nie ma tajlandzkiego "The Shuttera" i kilku innych z tego kraju oraz nie ma wietnamsko-amerykańskich "Dusz" nie może być trafiony. Ale tylko według mnie, a to Twój ranking, nie mój.
    Tak więc nie bierz sobie do serca zbytnio moich uwag, choć z drugiej strony - skoro jak twierdzisz lubisz ghost story - to warto zapoznać się z kilkoma nieobecnymi, a istotnymi dla subgatunku horrorami z Azji.

    ps. Bartku, ale brak "Lśnienie" na liście jest niewybaczalny? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Krzysiu, jak Ty byś ranking kompilował, to nie starczyłoby miejsca na nic innego prócz azjatyckich horrorów :) Ale taki już urok podobnych zestawień, zawsze czegoś będzie brakowało, nie dogodzisz każdemu. Kiedy pisałem powyższe, bodajże w 2008, siliłem się na obiektywizm, dzisiaj pewnie wywaliłbym połowę tytułów i zastąpił innymi.
    Anyway - "Widmo" wyważa według mnie otwarte drzwi, a "Dusze" mnie nic a nic nie ruszyły. Nie przepadam specjalnie za wielbionymi przez Ciebie filmami, cóż poradzę ;)
    Brak "Lśnienia" jakoś sobie wybaczę, bowiem nigdy nie myślałem o tym filmie w kategoriach ghost story, ale wiedz, że zajmuje on specjalne miejsce w moim sercu, a jakżeby inaczej!

    OdpowiedzUsuń
  3. Polecam "Vinyan" - ghost story w wersji do góry nogami.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też nie wielbię "The Shutter/ Widmo", bo dla mnie to film jednorazowy, ale zważywszy na liczne jego klony jakiś tam wpływ wywarł.

    A swoją drogą, nie chciałbyś się ponownie zabawić i przedstawić swój aktualny ranking? Może właśnie warto byłoby zaprezentować coś subiektywnego? Ja np. chętnie bym poczytał o filmach, o których nic nie słyszałem (tak jak o "Insidious").

    OdpowiedzUsuń
  5. Marcin Zet - a tak, "Vinyan" to faktycznie świetny film, choć z Du Welza wolę "Calvaire".

    Krzysiek - Tyś ekspert od azjatyckiego horroru, więc wierzę Ci na słowo, że "Widmo" to pozycja ważna. Moja wiedza nie pozwala mi niestety na odpowiedzenie sobie na pytanie "dlaczego?", zaczepię Cię więc przy okazji, byś mi co nieco opowiedział :] Co do nowego rankingu... postaram się w weekend stworzyć jakiś suplement, dzięki za motywację!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ah, tak się kiedyś nastawiłem, że "Zemsta po latach" mnie zmiecie z powierzchni ziemi, ale niestety podczas seansu wyszła moja niechęć do ghost stories (oczywiście pomijając wyjątki). Dobry horror, ale to nie to. Interesująca lista swoją drogą, można by taką zrobić ze slasherami (mój konik) i horrorami satanistycznymi. Tym bardziej te drugie by mnie ciekawiły w twoim wydaniu. Dla mnie rewelacją w ostatnich latach był The House Of The Devil, o którym też troszkę skrobnąłem. Nie wiem czy widziałeś. Przy okazji - miałem zajęcia z Łukaszem Śmiglem, którego z tego co widzę chyba nieźle znasz :)

    Świetny blog, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. A widzisz, po lekturze Twojego komentarza powiedziałem sobie, że może postaram się znaleźć jakieś słabe punkty w "Zemście po latach" i... nic nie wymyśliłem. Może przesadzam, ale naprawdę lubię ten film. Póki co rankingów innego rodzaju nie planuję - ba, w przypadku slasherów siedziałbym chyba nad tym cały rok. A "The House of the Devil" widziałem i pokochałem. Z Łukaszem robiliśmy kilka wspólnych projektów, więc trochę się znamy. Dzięki za miłe słowo, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. Dzięki za polecenie "Zemsta po latach", takiego filmu potrzebowałam. Mam wrażenie, że gra komputerowa "Scratches" sprzed paru lat, jest podparta trochę tym filmem, widzę dużo podobieństw.
    Ja ze swojej strony polecam "The Wake Wood" / "Zmartwychwstanie". skoro był Vinyan, to może to też jest ghost story :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Niestety, wspomnianej gry nie znam. "Wake Wood" widziałem, pomysł znakomity, lecz finał spartaczony. Jako fanatyczny wręcz wyznawca Hammera, krzywiłem się podczas seansu :)

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga