piątek, 1 kwietnia 2011

Z diabelskim pozdrowieniem

Zgodnie z obietnicą - pierwszy (i nie ostatni) tekst na dziś. Do kin wchodzi "Rytuał" z Hopkinsem, którego jeszcze nie miałem okazji obejrzeć, ale nie przeszkodziło mi to w machnięciu krótkiego artykułu o nieświętej trójcy filmów satanicznych. Poniżej więc kilka słów na temat "Dziecka Rosemary", "Egzorcysty" i "Omenu". Eseik ukazał się w pierwotnej formie w portalu Stopklatka. No to jedziemy.


Egzorcysta potrzebny od zaraz


Szatan istnieje - pierwszego kwietnia taki oto primaaprilisowy żart zgotowali nam dystrybutorzy, wprowadzając do kin "Rytuał"  z Anthonym Hopkinsem ; żart wcale nie śmieszny, bo w założeniu straszny, a dla niektórych tym okropniejszy, bo niepokojąco prawdziwy. Ale nie tyle przez wzgląd na kwestię wiary, co samą czystą fascynację demonicznym złem, reprezentowanym tutaj przez diabła, który przybiera różne formy od początków kina. Upodobał sobie w szczególności ludzkie ciało, korzysta z niego jak z naczynia, staje się ono łącznikiem świata materialnego z metafizycznym piekłem. Rzecz jasna szatan we własnej osobie stawał przed kamerą, choćby już w drugiej dekadzie ubiegłego wieku u duńskiego mistrza, Benjamina Christensena, w "Czarownicy". Film wykorzystywał obraz diabła zapożyczony z tradycyjnej ikonografii, ale dosłowność rzadko bywała potem przymiotem horroru satanicznego, którego okres świetności przypadł na lata siedemdziesiąte. Obecnie mówi się o trzech kamieniach milowych gatunku: "Dziecku Rosemary" Romana Polańskiego z roku 1968, "Egzorcyście" Williama Friedkina z 1973 i "Omenie" Richarda Donnera z 1976, nie wolno jednak zapominać o szeregu filmów o tematyce diabolicznej, nakręconych w angielskiej wytwórni Hammer, a także zrealizowanych w ostatnich latach: "Egzorcyzmach Emily Rose" czy "Ostatnim egzorcyzmie". Diabeł żyje wiecznie.

Ki diabeł?

"Dziecko Rosemary"  jest obrazem wyjątkowym - lakoniczne stwierdzenie znajduje swoje rozwinięcie przy pobieżnej analizie zarówno filmografii Romana Polańskiego , jak i historii gatunku. Dla polskiego reżysera była to pierwsza podróż do świata czystego gatunkowo horroru, choć już wcześniejszemu "Wstrętowi" towarzyszyła niezaprzeczalna, demoniczna aura. Polański nigdy nie stronił od formalnych zabiegów charakterystycznych dla filmu grozy i materiał literacki, jakim była powieść autorstwa Iry Levina, posłużył mu za znakomitą podstawę, bo niejednoznaczną i zachęcającą do wielowymiarowej interpretacji. Dla filmu grozy jako takiego "Dziecko Rosemary" oznaczało zainteresowanie się twórców kina ambitnego horrorem i zapoczątkowało falę naśladownictw, której częścią był na przykład "Egzorcysta". Sukces Polańskiego polegał między innymi na rezygnacji z gotyckiej, okultystycznej otoczki, do tej pory kojarzonej z horrorem satanicznym.
Bohaterką filmu jest młoda mężatka, którą sekciarze wybrali na matkę Antychrysta. Rzecz dzieje się na Manhattanie, w luksusowym budynku, a przecież dotychczasowe miejsce diabła było w ciemnych katakumbach i kamiennych kręgach - takowy zabieg wprowadza szatana w dwudziesty wiek, zło staje się wszechobecne. Ale tak wąskie odczytanie "Dziecka Rosemary" zubożyłoby wydźwięk filmu, na obraz ten można bowiem patrzeć dwojako. Polański po mistrzowsku manipuluje narracją, najpierw narzucając widzowi perspektywę Rosemary, która popada w coraz większą paranoję. Kobieta sądzi, że problem nie tkwi w niej samej, ale we wszystkich wokół, że to świat staje na głowie, podczas gdy jej udaje się zachować zdrowe zmysły. Potem spojrzenie się poszerza, dopuszcza się do głosu drugą stronę i w tym ujęciu Rosemary wydaje się osobą nieprzygotowaną na macierzyństwo, niedostatecznie dojrzałą, u której nasilają się symptomy depresji. A więc czym jest "Dziecko Rosemary"? Satanicznym horrorem czy psychologicznym dramatem? Odpowiedź brzmi: jednym i drugim, bo nawet, jeśli cała sytuacja związana z sekciarzami jest tylko wytworem wyobraźni bohaterki, demoniczna wątpliwość została zasiana, uaktywniono czynnik diaboliczny, zaniepokojono widza za pomocą narzędzi charakterystycznych dla horroru.

A kysz, szatanie! A kysz!

Inny literacki horror, "Egzorcysta"  Williama Petera Blatty'ego, posłużył jako materiał wyjściowy Williamowi Friedkinowi , który nakręcił jeden z najsłynniejszych filmów okultystycznych w historii kina. By jednak znaleźć właściwy punkt wyjścia dla tej opowieści, cofnąć się trzeba do lat czterdziestych, kiedy to miały miejsce słynne egzorcyzmy na nastoletnim chłopcu zwanym Robbie Mannheim. W wersji fabularyzowanej tego udokumentowanego wydarzenia, bohaterką uczynioną dziewczynkę Regan, u której podejrzewa się chorobę psychiczną, a potem, gdy w jej pokoju samoczynnie przesuwają się meble, demoniczne opętanie. Wezwany zostaje ksiądz Karras, sceptyczny psychiatra, który odmawia przeprowadzenia rytuału egzorcystycznego. Zgadza się na to dopiero doświadczony kapłan, ojciec Merrin. Rytuał będzie nie tylko próbą wypędzenia złego ducha, ale i osobistym przeżyciem Karrasa, który będzie musiał przed samym sobą odpowiedzieć na pytanie o siłę własnej wiary.
Premiera "Egzorcysty" wywołała w Stanach Zjednoczonych histerię i falę protestów, palono egzemplarze powieści, organizowano pikiety. Pośrednim powodem takiego stanu rzeczy był fakt, iż Blatty i Friedkin wprzęgli w swój film mnóstwo drastycznych scen, charakterystycznych dla horrorów klasy B (choćby pamiętna masturbacja krucyfiksem), wykorzystując tym samym dyskusyjne chwyty w filmie klasy A, wprowadzając mocny, intensywny horror na salony Hollywood, prezentując go szerokiej publiczności. Blatty uparcie twierdził, że mało w tych obscenicznościach jego własnej, twórczej inwencji, że wszystko poparte jest pisemnymi i ustnymi relacjami księży, którzy zresztą wymienieni są w czołówce jako konsultanci. Do widza należy decyzja, czy faktycznie zawierzyć podobnym rewelacjom. Fakt, że "Egzorcysta" natrafił na doskonały moment, z pewnością wyjaśni po części powodzenie filmu w Ameryce - trwała jeszcze wojna wietnamska, a konflikt pokoleniowy stał się powszechnie dyskutowanym problemem na skali krajowej. Diabeł przyjął więc formę dziecka nieprzypadkowo, był to symboliczny akt nieposłuszeństwa i buntu, a także wyraz rodzicielskiego niepokoju. Do dzisiaj zresztą trwają dyskusje, czy aby wykorzystywanie dziecięcych aktorów do podobnych ról jest zgodne z zawodową etyką. Istnieje też o wiele bardziej trywialne wyjaśnienie sukcesu filmu: Friedkin idealnie wstrzelił się z "Egzorcystą" w panującą ówcześnie modę na okultyzm.

Bezbożne dziecię

Kolejny film w nieświętej trójcy klasycznych dzieł satanicznych to "Omen"  Richarda Donnera . Pojawiają się tam wątki polityczne, co jest swego rodzaju nowością i odbiega od standardów konwencji. Otóż przybranym ojcem diabła staje się wpływowy amerykański ambasador, Thorn (nazwisko jest znaczące, można przetłumaczyć je jako "cierń"). Szatan kryje się pod postacią małego Damiena, który jest zwiastunem nadchodzącej Apokalipsy. Ale koniec świata nie nadejdzie obwieszczony biblijnymi znakami, diabeł ma zamiar objąć panowanie na ziemi środkami uznawanymi za konwencjonalne - sprawną, bezkompromisową polityką i skuteczną grą ekonomiczną, choć zostanie to objaśnione dopiero w sequelach. Tymczasem w protoplaście serii, pierwszym "Omenie", zgodnie z klasycznym schematem fabularnym filmu okultystycznego, pojawienie się demonicznej siły burzy ustalony porządek, sprowadza chaos - w domu Thornów dochodzi do wielu nieszczęśliwych wypadków, dzieją się niewytłumaczalne rzeczy.
Szczęśliwie Donner nie ucieka się do prostackich chwytów dramaturgicznych, nie popada w przesadę w pokazywaniu scen nasyconych przemocą, posługując się raczej prostą ironią, wszak Antychrystem jest sympatyczny skądinąd chłopiec (postać zostanie rozwinięta w dwóch kolejnych częściach serii), a końcowe ujęcie prowokuje do nerwowego uśmiechu. Mimo silnych korzeni biblijnych, "Omen" nie próbuje zagłębiać się w psychologiczne ani filozoficzne aspekty fabuły, oferując stosunkowo niewymagającą rozrywkę, acz całość nakręcono starannie, z werwą. Niepokojącą atmosferę podkreśla dynamiczna praca kamery i rozpoznawalna, niemal sakralna ścieżka dźwiękowa. Scenografię oparto na nagromadzeniu elementów multiplikujących widziany obraz, inteligentnie wykorzystano lustra, szyby, fotografie, co ma uzewnętrznić potęgę szatana, zła o wielu obliczach.

Nie taki diabeł straszny

"Omen" doczekał się potem trzech sequeli i remake'u, "Egzorcysta" dwóch kontynuacji i prequela w dwóch wersjach, "Dziecko Rosemary" - drugiej, już telewizyjnej, odsłony. Moda na kino sataniczne przeminęła stosunkowo szybko, wysyp okultystycznych horrorów pośledniej jakości zdewaluował nurt, ale to naturalna kolej rzeczy. Odcinanie kuponów od komercyjnych i artystycznych sukcesów jest przecież pewną normą, podobnież, szczególnie w przypadku kina gatunkowego, eksploatowanie tematów, do których zdążyło widza przyzwyczaić. Od czasu do czasu słychać jeszcze echa dawnych ambicji twórczych, próbuje się wskrzesić na ekranie diabła, choćby w udanych "Egzorcyzmach Emily Rose" , a nie tak dawno w, przepełnionym zjadliwą ironią i cynizmem, "Ostatnim egzorcyzmie" . Teraz czas na "Rytuał", który ponownie zderzy dwie przeciwstawne postawy, jak bywa to często w przypadku horrorów o opętaniu - racjonalistycznego sceptyka i uduchowionego entuzjasty, a diabeł przyjmie kolejną formę. Zapewne nie ostatnią.

Dziękuję za uwagę. To jeszcze nie wszystko na dzisiaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga